ARCHIWUM

Polityka - nr 34 (2617) z dnia 25-08-2007; s. 37 Kraj

Rydzykanci

W październiku uczelnia ojca Rydzyka otworzy nowy kierunek – kulturoznawstwo. Od roku ma uprawnienia do prowadzenia studiów magisterskich. Rozkwita.
Ryszarda Socha

Gdy uczelnie wyższe zaczynały rok akademicki 2006/2007, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, mimo tradycji i renomy, nie mógł nawet marzyć o zainteresowaniu władz państwowych, to bowiem skupiło się wokół młodziutkiej, niepublicznej szkoły o. Rydzyka: Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej. Na inaugurację przybył tłum oficjeli. Przemysław Gosiewski przywiózł list od premiera Jarosława Kaczyńskiego: „Mam nadzieję – pisał premier – że wykształceni tu młodzi ludzie już w niedługiej przyszłości będą wpływali w istotny sposób na kształt życia naszych Rodaków (...)”. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego reprezentował były premier Jan Olszewski: „Chciałbym – mówił – żeby ta szkoła stała się szkołą rycerską polskiego dziennikarstwa XXI wieku”.

Dusery prawił także duchownemu ubiegający się o reelekcję prezydent Torunia Michał Zaleski, wywodzący się z lewicy, ale już niezależny od partyjnych korzeni: „Proszę także – przemówił do studentów – abyście korzystali z tego, iż uczelnia ta powstała na opoce, na skale wielkiej miłości i wielkiej wiary ojca założyciela Tadeusza Rydzyka”. Toruńscy wyborcy wiedzą, że przez Zaleskiego przemawiał tymi słowy czysty pragmatyzm. Potrzebuje przychylności zakonnika dla swojej koncepcji budowy nowego mostu przez Wisłę.

Dla szkoły, która rozpoczęła swą działalność zaledwie 5 lat wcześniej, był to ważny moment. 26 września 2006 r. minister nauki i szkolnictwa wyższego nadał WSKSiM uprawnienia do prowadzenia studiów drugiego stopnia (magisterskich) na kierunku politologia. Wcześniej uczelnia mogła kształcić tylko licencjatów. W trzech kierunkach – dziennikarstwo i komunikacja społeczna, politologia oraz informatyka. Od października 2007 r. ruszy kolejny kierunek – kulturoznawstwo. Prócz tego prowadzi studia podyplomowe – z dziennikarstwa, grafiki komputerowej i technik multimedialnych, z zasad wykorzystania funduszy unijnych oraz dyplomacji.

Sam ojciec Rydzyk za prawo do kształcenia magistrów zapłacił rezygnacją z funkcji rektora WSKSiM. Przepisy nie pozwalają bowiem, by pełniła ją osoba bez doktoratu. Rektorem został ks. dr Andrzej Ulaczyk, socjolog po KUL, wcześniej wykładowca katolickiej nauki społecznej w Wyższym Seminarium Duchownym w Drohiczynie. To raczej zabieg czysto formalny. Ks. Rydzyk, tytułowany teraz Ojcem Założycielem, nadal funkcjonuje jako profesor WSKSiM, choć prawo stanowi, że aby być zatrudnionym na stanowisku profesora, trzeba mieć stopień naukowy doktora habilitowanego, a w wyjątkowych przypadkach doktorat. Toruński establishment spodziewa się, że redemptorysta zechce odzyskać gronostaje. Tylko gdzie będzie się doktoryzował?

Zwykle szkoły nie czynią tajemnicy, kto i co wykłada w ich murach. Tu jest inaczej – same ogólniki. Jedyny konkret to skład 13-osobowej rady naukowej szkoły – prócz o. Rydzyka, zasiada w niej 11 profesorów doktorów habilitowanych i jeden doktor. Przeważają profesorowie zwyczajni. W składzie nie ma ani jednego medioznawcy, ani jednego politologa. Jest dwóch filologów rosyjskich, fizyk, „autor 110 prac naukowych z zakresu fizyki teoretycznej oraz fundamentalnych problemów teorii kwantów i kosmologii kwantowej”, jest specjalista od mechaniki budowli, biolog od czwartorzędu, a nawet farmakolog-toksykolog. Podporą uczelni jest Jerzy Robert Nowak, historyk, rewelator światowych spisków.

Trzyskrzydłowy gmach, w którym mieści się szkoła oraz przedzielone nią akademiki – żeński i męski, wyrósł w ciągu jednego roku – od jesieni 2004 r. do jesieni 2005 r. Koszt inwestycji szacowano na ponad 40 mln zł. Wcześniej studenci pobierali nauki w okazałym zespole redemptorystów przy ul. św. Józefa, bliżej centrum Torunia, w budynku zwanym Domem Słowa. Nowa siedziba przy ul. Starotoruńskiej to obrzeża miasta, nad malowniczym zalewem połączonym z Wisłą. Rozległe pole po sąsiedzku – 22 ha, są własnością kierowanej przez o. Rydzyka Fundacji Lux Veritatis, zostały zakupione w 2002 r. od miasta za 4 mln zł. W przyszłości ma tu powstać Centrum Polonia in Tertio Millenio, obejmujące obiekty dydaktyczne dla 5 tys. żaków, akademiki, domy dla pracowników uczelni, pływalnie, halę widowiskowo-sportową, stadion, kościół, hospicjum, klasztor oraz Muzeum Osiągnięć Narodu Polskiego.

Płoty w głowach

Wstręt do UE nie przeszkadza założycielowi WSKSiM ubiegać się o 23 mln euro na „inkubator nowoczesnych technologii na rzecz rozwoju społeczeństwa obywatelskiego” – czyli gmach nowego wydziału informatycznego. Inwestycja znalazła się wśród projektów popieranych przez marszałka województwa.

Kompleks uczelniany otacza wysokie ogrodzenie. Nie do pokonania dla mediów spoza koncernu redemptorysty. Nawet przy takich okazjach jak odsłonięcie pomnika Jana Pawła II, który stanął na dziedzińcu uczelni. Podczas uroczystości politycy, duchowni, goście byli po jednej stronie, dziennikarze po drugiej, uczepieni owego płotu. Adam Willma z „Gazety Pomorskiej” kilkakrotnie próbował dostać się za bramę. Ostatni raz w maju 2007 r., przy okazji wystawy IPN „Z Archiwum X Departamentu MBP”, na którą serdecznie zapraszał IPN. – Udało się wejść za pierwszą furtkę, do czegoś, co przypominało recepcję luksusowego hotelu. Tam zostałem zatrzymany – wspomina Willma

Płot jest ważny. Bez niego trudniej byłoby wmówić młodym adeptom dziennikarstwa i politologii, że dziennikarze pozaradiomaryjni tylko czyhają, żeby nakłamać. Te płoty wyrastają im w głowach. Oto fragment relacji studenta WSKSiM: „Do transparentu »Żyj i pozwól żyć« podchodzą fotoreporterzy. Dziewczyny udzielają wywiadów kamerzyście z programu »Raj«. Czy był on nim naprawdę? To już inna sprawa. Jeśli tak to taki miły akcent. Inny punkt widzenia. Do emisji programu jest jeszcze czas i wtedy zobaczymy czy manipulacja faktami odbyła się również i w tym przypadku”. Żeby nie być posądzonym o manipulację, zachowujemy interpunkcję oryginału.

Tu rozmach, tam mizeria

Aby dostać się na uczelnię, trzeba dostarczyć rekomendację od proboszcza. Komisja kwalifikacyjna sprawdza nie tylko wiedzę, ale także aspekty moralne i etyczne. W 2005 r. komisję zawiodła czujność – dopuściła do studiów Wojciecha Bojanowskiego, który miesiąc swojej edukacji opisał na łamach „Gazety Wyborczej”. Potem, gdy studium podyplomowe z funduszy unijnych chciała zrobić dziennikarka „Nowości”, choć nie działała podstępnie, nie taiła profesji, została wyrzucona z hukiem na starcie. Jednak rok temu WSKSiM, chcąc nie chcąc, musiała się otworzyć przed ludźmi z zewnątrz. W dodatku przed naukowcami, specjalistami w dziedzinie dziennikarstwa i politologii – ekspertami Państwowej Komisji Akredytacyjnej, która ma czuwać nad tym, by uczelnie przestrzegały warunków prowadzenia studiów. Trzech uczestników wizytacji anonimowo podzieliło się z nami wrażeniami.

Wszyscy podziwiają bazę materialną, wyposażenie techniczne. W studiu stworzonym do celów dydaktycznych widzieli kamery po 50 tys. euro, jakich nie mają ośrodki regionalne TVP. Warunki w akademikach fantastyczne. – Rozmach budzi szacunek i zazdrość, momentami poraża, zwłaszcza ludzi z uczelni publicznych, przyzwyczajonych do mizerii – mówi profesor A.

Ciekawą postacią jest Łucja Łukaszewicz, wtedy prorektor uczelni. Dobrze wychowana, taktowna – podobnie charakteryzują ją wszyscy trzej eksperci. – Ale jeśli pojawiło się zagrożenie czy coś, co ona jako takie oceniała, wtedy takt i kultura znikały. To osoba kluczowa, obecna przy rozmowach kwalifikacyjnych, przy każdej obronie pracy. Przedłużenie ojca założyciela.

Władze uczelni nie ukrywały, że kształceniu przyświeca pewien zamysł. Często padało słowo „formowanie”. Profesor A. uważa, że chodzi o formowanie rycerzy jednej prawdy. – Ci studenci – relacjonuje – mieli poczucie wyjątkowości; że są ostoją polskości, patriotyzmu, solą tej ziemi, otoczoną wrogim światem. Odczuwałem, że na nas też patrzą jak na ciała obce. Może byli przekonani, że jesteśmy wysłannikami laickości, którzy chcą naruszyć ich wybór?

Profesor B.: – Byłem na wielu uczelniach, także na katolickich, ale tak hermetycznej jeszcze nie widziałem.

Profesor C.: – Ta szkoła uczy, jak dojść do określonego poglądu. Ale myślę, że studiująca w niej młodzież w swoim jądrze kieruje się pragmatyzmem. To nie są rewolucjoniści, raczej mniejsi lub więksi konformiści.

Braki w kadrach

Choć studenci piali z zachwytu nad wykładowcami, ojciec Rydzyk raczej nie miał złudzeń: Tylko ludzi nam brak, tylko ludzi, ale odpowiednich – powtarzał patrząc głęboko w oczy przedstawicielowi Państwowej Komisji Akredytacyjnej. Bo właśnie z samodzielną kadrą uczelnia miała największy problem. Ilościowo spełniała wymogi, jakościowo – nie.

Chcieliśmy zapoznać się z dokumentami, które powstają po takich wizytacjach (raport, odpowiedź uczelni). Ale są one dla opinii publicznej niedostępne. Profesor Zbigniew Marciniak, przewodniczący PKA, powołuje się na orzeczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego. – To nie są – mówi – postanowienia podlegające wglądowi, to materiał roboczy, element dialogu komisji ze szkołą. W momencie podejmowania uchwały przez PKA żadnych problemów z tą szkołą nie było. Inaczej dalibyśmy ocenę warunkową. Może początek drogi wyglądał inaczej, ale szybka reakcja uczelni spowodowała, że daliśmy ocenę pozytywną. W moim odczuciu ta szkoła nie różni się ani in plus, ani in minus od ponad 300 szkół niepublicznych w Polsce. To przeciętna szkoła, która spełnia warunki, aby kształcić w tych dwóch kierunkach.

Państwowa Komisja Akredytacyjna wystawiła ocenę pozytywną nie na pięć lat (tyle wynosi maksimum), tylko na dwa lata. To wystarczyło, by minister zezwolił WSKSiM na otwarcie studium magisterskiego. W roku 2008/2009 szkołę czeka kolejna weryfikacja.

Zainteresowanie dziennikarza „Polityki” wizytacją spowodowało, że rozdzwoniły się telefony. Profesorom wizytatorom zalecano, aby milczeli, bo mogą zaszkodzić PKA. Te spóźnione rady spłoszyły niektórych naszych rozmówców. Anonimowość z góry zastrzegali studenci, absolwenci oraz były wykładowca uczelni ojca Rydzyka. Barierę stwarzała nie tylko wpajana im nieufność, ale także potrzeba lojalności wobec grupy: – Wywodzimy się z różnych miejscowości i stajemy się jedną rodziną – tłumaczyła Dziewczyna I, atrakcyjna, modnie ubrana absolwentka szkoły. – Nie możemy mówić o członkach swojej rodziny. Tym bardziej że i tak napiszecie tekst pod tezę, jak to jest u nas źle, że ojciec dyrektor to dyktator, a my jego wierni poddani. W tej szkole – zapewniała – można się nauczyć prawdziwego dziennikarstwa. My nie będziemy wyrażać swoich opinii czy poglądów politycznych i robić ludziom wody z mózgów. Od nas będą mogli dowiedzieć się faktów, obiektywnej prawdy.

Dziewczyna I wybrała WSKSiM świadomie. Jej koleżanka Dziewczyna II, po oblanym egzaminie na inną uczelnię, nie miała alternatywy. Pochodzi z wielodzietnej rodziny, związanej z nurtem narodowo-prawicowym, ale w domu nie słuchało się Radia Maryja. Nie chcą mówić, gdzie się odnalazły po studiach, bo to grozi dekonspiracją. Pracodawcy często nie kojarzą oficjalnej nazwy uczelni z o. Rydzykiem, a absolwenci nie mówią więcej niż trzeba.

Schlebiać, ale szczerze

Są ludzie, którzy potrafili się zakręcić przy o. dyrektorze, ale dla reszty absolwentów ta uczelnia to bagaż, z którym trudno się poruszać w normalnym świecie – uważa pan X, były wykładowca WSKSiM. Też chce pozostać anonimowy.

W radiomaryjnym kręgu tkwił przez wiele lat. Studentów dzieli na trzy grupy. Najliczniejsza to ci, których do o. Rydzyka wysłały rodziny. Potem są spady. Najmniej jest tych, którzy chcą się nauczyć fachu. – W tej szkole – opowiada o WSKSiM – można się nauczyć obsługi kamer, realizacji programu z wozu transmisyjnego, montażu przy użyciu najnowszych programów. Ci, którzy praktykowali w Telewizji Trwam, nie mieli problemu z pracą w innych telewizjach, ale w działach technicznych. Do działów merytorycznych są przyjmowani niechętnie ze względu na etykietę człowieka Rydzyka.

Z tych, którzy porobili tzw. kariery, najbardziej znani są posłowie LPR – Krzysztof Bosak i Szymon Pawłowski, oraz najlepszy absolwent 2004 r., laureat Złotego Pióra Robert Żłobiński, który był asystentem europosła Sylwestra Chruszcza, potem doradcą ministra Rafała Wiecheckiego, a teraz jest wiceprezesem zarządu Polskiego Radia w Koszalinie. – Poznałem tam przyjaciół na całe życie, często ludzi o podobnych poglądach – wspomina toruńską uczelnię. – Z tymi ludźmi jestem w dobrych stosunkach, co uważam za cenną wartość.

Niekiedy widać symbiozę – polityk prowadzi na WSKSiM wykłady, a studenci praktykują w jego biurze. Wraz z IV RP przed WSKSiM otworzyły się nowe furtki. Żaków o. Rydzyka hołubią już nie tylko europosłowie i posłowie LPR oraz przyjaciel redemptorysty, znany z antysemickich wypowiedzi urugwajski biznesmen Jan Kobylański. Wybrani z wybranych towarzyszą w wizytach zagranicznych premierowi i prezydentowi. Terminują w biurze prasowym klubu parlamentarnego PiS, w biurach prominentnych przedstawicieli tej partii, w agendach rządowych, jak Ministerstwo Skarbu czy Agencja Rozwoju Przemysłu. W podległej ARP Korporacji Polskie Stocznie pracował Mariusz Olchowik, student WSKSiM i UW, który na razie nie zrobił żadnego dyplomu, ale założył Instytut Księdza Prałata Henryka Jankowskiego, z siedzibą 270 m kw. przy ul. Francuskiej w Warszawie, gdzie też są miejsca dla praktykantów.

– Przy typowaniu do wyjazdów zagranicznych najpierw wyłaniano grupę z najlepszymi wynikami, potem następowała weryfikacja ideologiczna – wspomina Dziewczyna III. – Sam o. Rydzyk faworyzował te osoby, które mu schlebiały, ale w sposób szczery. Dziewczyna III uzyskała licencjat z dziennikarstwa dwa lata temu, kiedy wpływy o. Rydzyka w sferach rządowych były mniejsze. Teraz robi magisterkę w państwowej uczelni. Urodziwa, przebojowa, typ: pracownica korporacji. Faktycznie, pracuje w firmie z kapitałem amerykańskim. Nim ją tam przyjęto, przeszła wielopiętrową procedurę kwalifikacyjną. Teraz zgodziła się porozmawiać, bo media ze studentów szkoły robią – jak to określa – debili i idiotów, którzy na pewno nie znajdą pracy. Chce zadać kłam tej opinii.

Według Dziewczyny III, studenci byli podzieleni na frakcje, większość zachowywała zdrowy dystans: – Na naszym roku powstały takie określenia na o. Rydzyka jak didżej, on sam, ojciec predator, a także rydzykanci i rydzykanctwo – bo wyjście na fajniejszą, mocniejszą imprezę było związane z ryzykiem. Balowało się przeważnie w konspiracji. I to nas bardzo zbliżało. Kiedyś komisja sprawdzała, czy nie ma alkoholu w lodówkach. Ale znalazł się u osób, które dobrze żyły z systemem, więc skończyło się na pouczeniu.

Pan X i Dziewczyna III próbują wspólnie oszacować liczebność gwardii – oddanych bezgranicznie ojcu dyrektorowi. Ich zdaniem, tylko 15–20 proc. młodych uważało o. Rydzyka za guru – jedyny autorytet moralny, jedynego obrońcę polskości i religii katolickiej. Ta grupa czuje się wybrana, żyje w przekonaniu, iż posiadła ekskluzywną wiedzę o mechanizmach rządzących światem. Gwardia trafia do pracy w agendach koncernu, w zaprzyjaźnionych wydawnictwach (wydawnictwo sióstr loretanek w Rembertowie) i redakcjach (np. „Niedziela”). Albo robi kariery przy posłach. – Czasem – relacjonuje Dziewczyna III – ci, którzy na początku byli zdewociali, kończyli studia jako normalni ludzie. A niezdefiniowani przystawali na warunki ideologiczne, choćby ze względu na wygodę, żeby nie wrócić do swojej wsi.

W szkole kluczową rolę odgrywała wspomniana już Łucja Łukaszewicz, która już nie jest prorektorem, ale wciąż wykłada socjologię i jest podporą o. Rydzyka. Studenci nazywali ją Siwą, dworowali sobie z jej staropanieństwa oraz kota. Łukaszewicz stała na czele systemu, który nie pochwalał imprez integracyjnych na mieście oraz kontaktów damsko-męskich. – Można było popaść w niezłą schizę. Ja czułam się dość dorosła. Po roku wyprowadziłam się z akademika. Przez dwa lata udało mi się mieszkać z chłopakiem. I nikt na mnie nie doniósł. Ale pary ukrywały się. A jak sprawa wyszła na jaw, były szykanowane.

Jedni się opierają, inni wsiąkają. Normalne. Pan X sądzi, że o. Rydzyk ma świadomość, że nie wszyscy studenci spełnią jego nadzieje. Z tych, którzy nie spełnią, też ma wymierny pożytek. Na studiach licencjackich WSKSiM w ciągu trzech lat trzeba odbyć 600 godzin praktyk. Wychodzi 200 godzin rocznie. Nikt nikogo nie zmusza, by praktykował w Radiu Maryja czy Telewizji Trwam. Ale tak jest najłatwiej. – Mało kto z zewnątrz zdaje sobie sprawę z tego, że to duży zasób siły roboczej, za darmo, za wpis do indeksu.

Charyzmatyczny i sympatyczny

Pan X do samego o. Rydzyka ma bardzo złożony stosunek: – Nie uważam go za cynicznego biznesmena. To człowiek idei, ale ta idea w jego odczuciu jest tak wielka, że uświęca środki. Jego dzieło przerosło go samego. Chciałby wszystkim sterować ręcznie. A to już niemożliwe, więc z premedytacją wybiera poddanych sobie ludzi, którzy nie przestrzegają norm moralnych. Ci ludzie, żeby wymusić dyscyplinę, świadomie podtrzymują wśród podwładnych poczucie niepewności, zagrożenia.

Wśród pracowników radiomaryjnego koncernu panowało przekonanie, że w pomieszczeniach Domu Słowa (przy ul. św. Józefa) są podsłuchy. Pan X w to nie wierzył, dopóki o. Rydzyk nie popisał się wiedzą na temat jego życia osobistego, dziewczyny, tego typu spraw. – U siebie – opowiada – w Radiu Maryja na pierwszym piętrze ma dwa monitory ze sterowaniem. Nie wiem, co jest do nich podłączone.

Zabawne, ale pan X nie wie, co by zrobił, gdyby nagle spotkał redemptorystę. Wszystko przez charyzmę. To znaczy? – Dyrektora – odpowiada – nie sposób nie lubić. Rozmawiał ze studentami obecnymi na wykładzie, którego fragmenty poznała cała Polska – nie dopuszczają do siebie myśli, że to słyszeli.

Ryszarda Socha
współpraca Anna Dąbrowska

logo Prawa autorskie © S.P. Polityka. Artykuł pochodzi z archiwum internetowego www.polityka.pl
eo Networks - nowoczesne rozwiązania typu CMS