ARCHIWUM

Polityka - nr 38 (2470) z dnia 18-09-2004; s. 24 Kraj

Gazeta prawdziwych Polaków

Czyj jest Nasz Dziennik

O „Naszym Dzienniku” znowu stało się głośno, tym razem za sprawą rozpętanej przez niego kampanii sprzeciwu wobec pogrzebu Czesława Miłosza Na Skałce. Kto rządzi i kto pracuje w tej najbardziej tajemniczej polskiej gazecie?
Joanna Cieśla

Śmierć Czesława Miłosza spadła „Naszemu Dziennikowi” jak manna z nieba. Dzięki kampanii, która obrzuciła błotem zmarłego poetę, tytuł znów znalazł się w centrum uwagi. Do publikowanych niemal co numer antysemickich, antyniemieckich lub antyukraińskich tekstów, obwiniających „obcych” o wszelkie narodowe nieszczęścia, czytelnicy i krytycy dziennika zdążyli się już przyzwyczaić. Gazeta niby egzystuje na peryferiach polskich mediów, ale jest to wrażenie pozorne. Ma swoich wiernych odbiorców, a wspomaga ją szeptana opinia, która przekazuje treści z dziennika tym, którzy nie czytali. Dziennik jest punktem odniesienia, busolą dla „prawdziwych Polaków”. – Bez względu na przyczyny, redagowanie takiego kłamstwa przy sile rażenia, jaką ma „Nasz Dziennik”, to terror moralny i intelektualny – uważa Tomasz Rakowski, były redaktor naczelny gazety, dziś doktor filozofii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. – Przez pięć lat unikałem opowiadania o „Naszym Dzienniku”. Ale po tym, co zrobili z Miłoszem, zmieniłem zdanie.

Chopin w deszczu

Siła rażenia „Naszego Dziennika” jest trudna do dokładnego oszacowania. – Żaden medioznawca nie podejmie się tego, bo ważnym sposobem dystrybucji tej gazety jest przekazywanie numerów między czytelnikami – tłumaczy prof. Maciej Mrozowski z Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Według Ośrodka Badań Prasoznawczych Uniwersytetu Jagiellońskiego deklarowany nakład dziennika wynosi ok. 150 tys. egzemplarzy. Sprzedaż ma oscylować wokół 100 tys.

Wzmianki o tym, że ojciec Tadeusz Rydzyk, znany z prowadzenia Radia Maryja, planuje otwarcie katolickiego dziennika, pojawiły się w 1997 r. Rok później pierwszy numer „Naszego Dziennika” trafił do kiosków. I od razu wywołał skojarzenia z „Małym Dziennikiem”, wydawanym przed wojną przez św. Maksymiliana Kolbe, prostym w formie pismem dla katolików, kolportowanym w kościołach, które na tamte czasy odniosło ogromny sukces – w wydaniach niedzielnych miało 275 tys. nakładu. – Jeśli szukać pierwowzoru „Naszego Dziennika”, to tylko w nim – uważa prof. Rafał Habielski, prasoznawca z Uniwersytetu Warszawskiego. Był antylewicowy i antysemicki, ostrzegał przed masonerią i obcymi wpływami. Dokonywał klarownego podziału świata na dobrych i złych Polaków. Podobnie „Nasz Dziennik”, który każdego dnia dokonuje bieżącego rejestru ludzi i czynów dla narodu korzystnych oraz tych wrogich. Cechą najważniejszą takiego rozróżnienia jest całkowity brak półcieni, stanów pośrednich, racji podzielonych. W tak ostrym podziale świata „Nowy Dziennik” nie ma sobie równych, ściga się sam ze sobą.

Gazeta, jak rozgłośnia Radio Maryja i telewizja Trwam, jest częścią medialnego imperium, zjednoczonego wokół księdza redemptorysty Tadeusza Rydzyka. Głosi katolicko-narodowe posłanie. Formalnie ojciec Rydzyk nie ma związków z gazetą. „Gorąca linia” telefoniczna między nim a redakcją, regularne spotkania, symetria sympatii dla polityków na falach Radia Maryja i łamach „Naszego Dziennika” nie pozostawiają jednak wątpliwości.

Dziennik od początku wydawała spółka Spes, zarejestrowana w Rembertowie, pod adresem klasztoru sióstr loretanek. Tu zresztą, z dala od centrów informacji, znajduje się redakcja gazety. Miejsce „odosobnienia” wybrane było z premedytacją, by dziennikarze mogli się odizolować od chaosu świata.

Skąd Spes miał pieniądze na taką inwestycję, pozostaje tajemnicą. Jedynym udziałowcem spółki jest Ewa Sołowiej, przez długie lata szara eminencja, a obecnie redaktor naczelna „Naszego Dziennika”. Na czele zarządu stoi Marcin Nowina-Konopka – syn posłanki Haliny Nowiny-Konopczyny. Do niedawna we władzach zasiadał jeszcze Piotr Wojcieszek – z rodziny radomskich przedsiębiorców, współwłaścicieli m.in. Polskiego Wydawnictwa Encyklopedycznego, którego flagową publikacją jest słynna „Encyklopedia Białych Plam”. Jak głosi reklama, zawiera hasła „dotyczące spraw nieznanych, przemilczanych, świadomie lub przypadkowo zafałszowanych”.

Członkowie redakcji jeździli jednak na rozmowy do Torunia, zanim o późniejszych wydawcach zaczęła być mowa. Tak było w przypadku pierwszego szefa pisma Artura Zawiszy, dziś posła PiS, który stworzenie katolickiego, konserwatywnego dziennika uznał za tak ważne wyzwanie, że zrezygnował ze startu w wyborach w 1997 r. – Gdy praca na dobre ruszyła, okazało się jednak, że polityka pisma ma być absencyjno-konfrontacyjna – „nie być i mieć za złe”, a ja uważam, że aby iść z misją w świat, trzeba w tym świecie uczestniczyć.

Doświadczenia kolegi nie zniechęciły Artura Górskiego, szefa Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego, który przejął stanowisko po odejściu Zawiszy, wierząc, że z gazety zrobi forum szerokiej prawicy. – Tymczasem mój wpływ na linię pisma był niewielki. Za to gdy odchodziły kolejne osoby, z czasem zacząłem wykonywać zadania nie tylko redaktora naczelnego, ale także swojego zastępcy, szefa działu krajowego, sekretarza redakcji, a nawet dziennikarza – wspomina, zaznaczając, że jako redaktor naczelny musiał przemycać na łamy teksty realizujące jego koncepcję pisma. Po roku był tak zmęczony psychicznie i fizycznie, że zrezygnował z pracy.

Tomasz Rakowski, który po Górskim wydał się przedstawicielom wydawnictwa godnym objęcia fotela naczelnego, jako doktorant cenionego w środowisku Radia Maryja prof. Piotra Jaroszyńskiego z KUL, już nie miał złudzeń: – Gdy zapytano mnie, co sądzę o „Naszym Dzienniku”, powiedziałem, że to antywzorzec pisma katolickiego. Nie kojarzył mi się z reklamującym go wówczas plakatem Rodina, przedstawiającym otwarte dłonie, tylko z utworem Chopina, granym w deszczu na rozstrojonym pianinie, ale z przylepionym uśmiechem, bo to jednak Chopin. Niemniej Rakowski też uwierzył, że gazetę można zmienić. I ta misja się nie powiodła. Po kilkumiesięcznym kierowaniu redakcją przez związanego z Opus Dei Huberta Wołącewicza, w 1999 r. redaktorem naczelnym została Ewa Sołowiej. – Ucieszyłem się, gdy o tym usłyszałem – mówi Piotr Kolanowski, dawny wicenaczelny i szef działu krajowego „Naszego Dziennika”. – Bo wreszcie wzięła odpowiedzialność za treści, o których publikacji i tak zawsze decydowała.

Rock albo etat

– „Nasz Dziennik” to Ewa Sołowiej – mówią jednym głosem ludzie, którzy współpracowali z gazetą. Odpowiedź na pytanie „czyli kto?” wymaga dużego wysiłku. Sekretarka pod redakcyjnym telefonem tłumaczy, że naczelna jest zajęta i nie znajdzie czasu na rozmowę. – Proszę przesłać pytania faksem, może odpowie. Nie odpowiada. Milczy również jej telefon komórkowy. Jednak czytelnicy dziennika 27 sierpnia zostali już ostrzeżeni przed publikacją „Polityki”. Dzień później sympatyczna siostra na furcie rembertowskiego zakonu, przypominającej raczej recepcję eleganckiego pensjonatu (dziennikarze wchodzą tu na kartę elektroniczną), tłumaczy, że bez umówienia nie ma co liczyć na spotkanie z redaktor. Zresztą we wczesne sobotnie popołudnie dziennikarzy dawno już nie ma. Zza jasnych, drewnianych drzwi wypada za to radośnie uśmiechnięty ojciec Rydzyk. – Szczęść Boże nieznajomej pani! Muszę uciekać, obowiązki czekają! – wyznaje jednak po serdecznym uściśnięciu dłoni.

Ewę Sołowiej trudno scharakteryzować poprzez teksty, bo jej publikacje są rzadkością. – Silna psychicznie i fizycznie – opisuje Tomasz Rakowski. – Potrzebuje mało snu, dzięki czemu jest w stanie ogarnąć redakcję od strony organizacyjnej, przeczytać całą gazetę przed drukiem i wszystko ocenzurować. Łącznie ze zdjęciami łyżwiarek figurowych w krótkich spódniczkach i nazwami klubów sportowych, jak New Jersey Devils. Sołowiej pierwsza przychodzi, ostatnia gasi światło. Redakcja to jej świat. Jest panną, ma 34 lata, pochodzi z małej wioski pod Mrągowem. Z wykształcenia ekonomistka, studiowała na SGH. W czasach Wiesława Kaczmarka miała pracować w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych. Prowadziła też biuro Radia Maryja.

Kontakt ze środowiskami Radia Maryja, rekomendacje przyjaciół wydawców i ojca Rydzyka dawały najlepsze rokowania kandydatom do pracy w gazecie: – Na rozmowie kwalifikacyjnej nie pytano o doświadczenie dziennikarskie czy znajomość języków. Istotne było, czy słucha się Radia Maryja i czyta prasę katolicką – opowiada Maciej Walaszczyk, były dziennikarz działu krajowego. – Był moment, że marne szanse mieli ludzie, którzy przyznali się do słuchania muzyki rockowej. Mocno to zaostrzało selekcję, bo z drugiej strony stawiano przede wszystkim na młodych, najlepiej z prowincji, których można kształtować od podstaw. Przy naborze padały też pytania o to, dlaczego nie ma się dzieci lub ma się ich za mało. Wyjątkiem były osoby odziedziczone po paksowskim „Słowie – dzienniku katolickim”, jak Marzenna Piasecka (córka Bolesława), lub „Myśli Polskiej” (Piotr Kolanowski, Jacek Kamiński). Jednak z ekipy tych dziennikarzy pozostali już tylko nieliczni, jak wiodące dziennikarki Małgorzata Goss czy Małgorzata Rutkowska. Silną grupę tworzyli działacze Młodzieży Wszechpolskiej, NZS i duszpasterstw akademickich, młodzi dziennikarze, którzy z katolickim i konserwatywnym światopoglądem w innych mediach nie mogli się odnaleźć. Ale zespół „Naszego Dziennika” to przede wszystkim młodzież z prowincji, która w dziennikarstwie stawia pierwsze kroki. W środowisku gazety znajdują pierwszą grupę, z którą mogą się zidentyfikować w obcym, wielkim mieście. Magnesem są też zarobki na poziomie 2–4 tys. zł. W innych pismach katolickich zarabia się mniej.

Potrzeba masona

Tomasz Królak z Katolickiej Agencji Informacyjnej po lekturze pierwszych dwustu numerów dziennika wyliczył na łamach „Więzi”, że słowa-klucze „Naszego Dziennika” to „atak”, „wojna”, „zdrada”, „wyprzedaż”, „bitwa”, „obrona”. Dziś, po dwóch tysiącach wydań, uważa, że język gazety jeszcze się zradykalizował. – Gdy zauważyłem, że cały czas wszystko krytykujemy, usłyszałem, że nasi czytelnicy mają problemy i interesują ich teksty o tych problemach – tłumaczy Artur Górski. – Zgadzałem się, że niektóre publikacje antyniemieckie, zwłaszcza dotyczące roszczeń, były uzasadnione, ale tekstów jawnie antysemickich za moich czasów nie było. Wiedzieliśmy, że za takie teksty by nas zniszczono. Gdy jednak pismo okrzepło na rynku, Żydzi obok Niemców szybko zasilili szeregi wrogów, tak samo jak masoni, postkomuniści i liberałowie. Oraz generalnie – Unia Europejska.

„Nasz Dziennik” – mimo przypisywanej sobie etykietki pisma katolickiego – oficjalnych stanowisk Kościoła trzymać się jednak nie musi. Właśnie po to, by móc się z hierarchami nie zgadzać, wydawcy zrezygnowali z występowania o asystenta kościelnego. Stosunek duchownych do gazety jest dziś zróżnicowany: od ostrej krytyki – jak ze strony biskupa Tadeusza Pieronka – począwszy, na nawoływaniu do kupna dziennika w przykościelnych kioskach przez wiejskich proboszczów skończywszy. – Niebezpieczeństwo tkwi w tym, że osoby niezorientowane mogą zacząć spostrzegać przez pryzmat „Naszego Dziennika” cały polski katolicyzm – zauważa Tomasz Królak z KAI.

Tomasz Rakowski zgadza się, że wypełnianie gazetowych kolumn prostymi odpowiedziami na trudne pytania wiąże się z lękiem i poszukiwaniem ulgi: – Dość nieudolnie, ale próbowałem to zmieniać. Wprowadzałem na łamy nowych ludzi – walcząc o każdy tekst, choćby o rozmowę z prof. Stefanem Swieżawskim z okazji rocznicy soboru watykańskiego II. Ale po wywiadzie ze związanym z „Tygodnikiem Powszechnym” filozofem do Rakowskiego coś dotarło: – Redakcję zasypały listy czytelników oburzonych, że promujemy polakożerców i masonów. Zrozumiałem, że czytelnicy chcą takiej gazety w stanie niezmienionym, to oni tak naprawdę wyznaczają jej wektor. Dawanie im czegoś innego jest nieuczciwe. Próba reformy jest jak zawracanie biegu rzeki.

Przypuszczenia Rakowskiego potwierdziły się, gdy sprzedaż zaczęła spadać po jego próbach czyszczenia tekstów z agresji i ksenofobii (były naczelny nie dziwi się, tłumacząc, że zostawały wtedy nijakie informacje z PAP), a nawet odświeżenia szaty graficznej: – Siermiężność makiety jest siłą pisma. Musi być drukowany na lichym papierze, brzydką czcionką i ze słabymi zdjęciami – tłumaczy prof. Mrozowski. – Dzięki temu odbiorcy, zwykle prości i niezamożni ludzie, odnajdują w nim to, czego oczekują – siebie, poprzez formę, tak jak poprzez treść.

Stały czytelnik „Naszego Dziennika” Zygmunt Wrzodak z LPR przyznaje, że kupuje gazetę, bo miło poczytać coś, z czym się identyfikuje tak, jakby słyszał swoje myśli. – Dlatego w Lidze lubimy „Nasz Dziennik”, nawet jeśli nie zawsze jego informacje są zgodne z prawdą – wyjaśnia, zaznaczając, że jego zaufania nie burzy fakt, iż gazeta swego czasu i jego potraktowała niesprawiedliwie.

Ryzykowna wizytówka

W trosce o spójność światopoglądową redakcja w pewnym momencie niemal zrezygnowała z wywiadów. – Jeśli już się je zamieszcza, to po to tylko, by udzielić trybuny. Przeciwników politycznych, wyznawców innego światopoglądu nie zaprasza się nawet do rozmowy mającej charakter przypierania do muru – wspomina były dziennikarz. Maciej Walaszczyk zapamiętał, jak w tekście o planach likwidacji Urzędu Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi zacytował Jerzego Hausnera. – Otrzymałem telefon z pytaniem: „Ile SLD dał ci za ten tekst?”.

W moich czasach z dużą uwagą dobierało się też cytaty arcybiskupa Glempa – jeden z byłych naczelnych do dziś cyzeluje słowa. – Nie mówiąc już o przemówieniach papieża, zwłaszcza na temat Unii. Gdy poparcie dla integracji wynikało z nich jednoznacznie, słyszeliśmy, że to nie Ojciec Święty powiedział, tylko źli ludzie mu dopisali. W pewnym momencie redakcja umieściła też na czarnej liście Radio Watykańskie. Celem gazety nie jest informacja, lecz formacja.

– Ponieważ wróg czaił się wszędzie, my też musieliśmy się kryć. Tak jak nie ujawnia się składu załogi czołgu, w stopce redakcyjnej długo nie było wzmianki o wykonawcach naszej misji – zauważa były dziennikarz. Dziś nazwisko redaktor naczelnej jest ujawnione, ale czytelnik nadal nie wie, kim są na przykład szefowie działów. Nie wie też, kim jest ostry w tonie autor Jan Kowalski.

Opowieści dawnych pracowników dziennika roją się od opisów zabezpieczeń o charakterze fizycznym i spirytualnym wprowadzonych w życie redakcji – od ustawionego przy wejściu naczynia z wodą święconą, które krnąbrny redaktor miał mijać z pozdrowieniem Szalom!, poprzez codzienną modlitwę Anioł Pański i wspólne pielgrzymki do Częstochowy, do rezygnacji z wizytówek (bo jak się gdzieś zostawi, to nie wiadomo, co z nimi zrobią).

Były dziennikarz działu kultury Mariusz Grabowski zauważa ironicznie, że kontrola redakcyjnych władz sięga nie tylko adresowanej personalnie korespondencji, ale obejmuje też zdolność przewidzenia reakcji pracowników na listy: – Otrzymałem odpowiedź na maila, którego miałem jakoby wysłać czytelnikowi w odpowiedzi na maila przesłanego do mnie wcześniej. Nie widziałem na oczy ani pierwszego listu czytelnika, ani – rzekomo mojej – odpowiedzi.

Na łamach „Naszego Dziennika” piszą dziś pojedyncze osoby z grupy tych, które sześć lat temu zaczynały pracę. Część sama złożyła wymówienia, inni poszli robić karierę w TV Trwam. Większości jednak dziękowali sami wydawcy, według złośliwych zwłaszcza tym, którzy zaczynali samodzielnie myśleć. Kilkoro pracowników zwolnionych po tym, jak założyli w redakcji związek zawodowy Solidarność, wywalczyło odszkodowania w sądzie pracy – co nabiera smaczku w kontekście konsekwentnie prozwiązkowych publikacji gazety.

Dawni ludzie „Naszego Dziennika” zarabiają dziś najczęściej w innych mediach, próbują sił w polityce. Niektórzy wykonali wolty światopoglądowe. O dawnej redakcji opowiadają z cynicznym uśmieszkiem i dystansem, podkreślając, że szybko przestali się z nią identyfikować. A przecież niektórzy spędzili w niej lata. – Nikt nie chce mówić o firmie, dopóki w niej jest – przez zwykły strach. I dlatego, że później jeszcze trudniej byłoby sobie z tą szopką radzić. Po odejściu skrupuły częściowo mają charakter religijny, bo ci ludzie naprawdę się modlą i wierzą, że robią dobrze. Jest też przywiązanie, przede wszystkim do wartości, które miały temu przedsięwzięciu przyświecać – opowiada były pracownik. W końcu jednak wszyscy zapytani zgadzają się na spotkania, nawet jeśli zaznaczają, że światopoglądowo tygodnik „Polityka” jest im obcy. O przywiązaniu do wartości rzeczywiście głoszonych przez „Nasz Dziennik” nie mówią. O fałszu, schowanym za ideologicznymi hasłami, też nie. Mówią o strategiach przetrwania, wykonywaniu zamówienia, pogodzeniu się ze swoją rolą. – Pod częścią tekstów i dziś bym się podpisał. Niektóre modyfikowano poza mną, od pewnego momentu przestałem protestować. Po kilku latach włączył mi się autocenzor i zdania same składały się tak, żeby nie było kłopotu. Z czegoś trzeba żyć, łamanie charakterów zdarza się w różnych firmach. Tylko, myślałem, że w tej akurat tak nie będzie – mówi młody dziennikarz dopijając piwo. Z napisu na koszulce wynika, że jest fanem legendarnego rockowego zespołu AC/DC. Już może być.

Joanna Cieśla

  • Z punktu widzenia „Naszego Dziennika”
  • • Przez pryzmat łam tego periodyka („Gazeta Wyborcza” – red.) rzeczywistość jawi się całkiem koszernie, ale czy można dziwić się, jeśli chyba najwierniejszym, choć nieformalnym ambasadorem Izraela jest redaktor naczelny Adam Michnik.
    Andrzej Lewandowicz, „Rasizm w Wyborczej” 20 VIII br.

    • (...) rozpowszechnia się twierdzenie, że katolicy, zwłaszcza duchowni głoszący etykę ewangeliczną, są całkowitymi kłamcami, bo skrycie uprawiają pedofilię, homoseksualizm, wielką rozpustę i wszelkie zwyrodnienia. (...) Wymownym tego przykładem jest masowe rozpowszechnianie przez „Gazetę Wyborczą” 1 czerwca br. książki Żyda włoskiego Umberto Eco pt. „Imię Róży”, gdzie jest fabuła z tezą, że zakony katolickie były siedliskami zwyrodnień seksualnych i zbrodni.
    Ks. prof. Czesław S. Bartnik, „Polsko, czy już nie masz gospodarza?”

    • Kim był Jacek Kuroń (...) przede wszystkim był reprezentantem, wręcz symbolem, skrajnie lewicowego, trockistowskiego, postpezetpeerowskiego środowiska. Swoje poglądy manifestował zawsze i wszędzie, nawet swoim strojem, nigdy nie zdejmując (nawet gdy był ministrem) lewackiego munduru (dżinsowe spodnie, taka koszula i kurtka).
    Stanisław Krajski, „Wielbiciel rewolucji” 30 VI br.

    • Poetę żegnało wiele narodów m.in. Polacy, Litwini, Rusini, Żydzi. Tych ostatnich zresztą było najwięcej.
    Jan Kowalski, 31 VIII br.

logo Prawa autorskie © S.P. Polityka. Artykuł pochodzi z archiwum internetowego www.polityka.pl
eo Networks - nowoczesne rozwiązania typu CMS